Ultrajanosik to pierwsza edycja biegu-uczty dla ducha i ciała Maryn i Janosików, hej! – relacja z biegu…

Kto nie był niech żałuje, bo na kolejne takie wydarzenie musi czekać cały rok!

Organizator przygotował dla biegaczy dwie trasy – dłuższą liczącą niespełna 80 km Pomstę Janosika i krótszą (ok. 50 km) SPISKĄ PĘTLĘ – obie z metą na Polanie Sosny w Niedzicy.

Dla mnie Ultrajanosik to start na dłuższym dystansie, a zatem nieziemsko piękna trasa rozpoczynająca się w Tatrach Słowackich, gdzie widoki zapierały dech w piersiach… Organizator wiedział co “tygryski” lubią najbardziej, wszak sam jest ultra-wymiataczem!

dare2b_ultrajanosik-pk-kacwin_235

Rozpoczynając od kuchni… Biuro zawodów zostało umiejscowione na kempingu Polana Sosny z widokiem na  pagórki, gdzie od samego rana przechadzały się barany i wypasały krowy z dzwonkami na szyjach – muzyka dla uszu! W biurze zawodów profesjonalna obsługa, sprawdzenie obowiązkowego sprzętu i wydanie pakietów – szybko, sprawnie i przyjemnie.

13920713_1755279484750210_8569772897343581612_n

A jeśli chodzi o sam start – dłuższy dystans oznacza pobudkę o 4 rano – 4:45 zbiórka i wyjazd na miejsce startu (ok.  godziny autokarem). Pomsta Janosika rozpoczęła się równo o 7 – czy faktycznie była to pomsta czy też nie… pozwolę sobie odpowiedzieć nieco później… Trasa rozpoczyna się mocno – 1 000 metrów przewyższenia na  ok.12 km po to, aby zdobyć najwyższy punkt trasy – Hlúpy (1916 m).  Ja z moimi towarzyszami doli i niedoli (Jarek, Piotrek – jesteście Mistrzami)  rozpoczęliśmy bieg bardzo spokojnie wiedząc, że pierwsze 18 km to najbardziej wymagający odcinek całej trasy. Już ok. 8 km pierwszy punkt odżywczy i pierwszy w życiu łyk KOFOLI (muszę wyznać – miłość od pierwszego łyku ;-)).  Tuż po punkcie zaczyna się mocniejsze podejście pod górę, które dla mnie było bardzo przyjemne – ścieżka usłana dużymi kamieniami pozwalała na równe/rytmiczne wychodzenie. A dodatkowo bardzo przyjemna pogoda sprzyjała podziwianiu niesamowitych widoków na rozpościerające się Tatry (NIE DO OPISANIA)

Turystów jak na lekarstwo – słowem (a w zasadzie dwoma) – RAJ BIEGACZY. Sam zbieg z góry okazał się dosyć trudny techniczne – duże, bardzo śliskie kamienie/skały znacznie spowalniały tempo. Co niebawem zostanie wynagrodzone pozostałą częścią trasy, na której przewyższenia się znacznie mniejsze i można rozpuścić nogi, że hej!

Ostatnie km to zbieg na Polanę Sosny przez 2 zapory i odcinek drogi asfaltowej (oj czwóreczki bolały) – w moim przypadku oznaczało to gonitwę na metę, żeby utrzymać 3 pozycję wśród kobiet – zatem z tego odcinka niewiele pamiętam poza znacznie podniesionym tętnem 😉

dare2b_ultrajanosik-pk-kacwin_236

A na mecie wita nas nie kto inny jak sam organizator – uśmiechnięty od ucha do ucha, opiekun wszystkich Maryn i Janosików! Sławek, wielkie dzięki!

Aaa i prezenty! Na mecie czekała na każdego bluza finiszera! Strzał w 10! I imienny medal  – trafiony-zatopiony! Nie wiem czy ktoś śmiałby narzekać!

Nie samym powietrzem i widokami biegacz biegnie, więc kilka słów o punktach odżywczych – perfekcyjnie rozmieszczone – max odległość pomiędzy nimi ok. 16-17 km  – zatem 1l bukłak spokojnie wystarczał. Wolontariusze – złota młodzież! Przyjaźni, uśmiechnięci, pomocni. Na punkcie z przepakiem – worki czekały na biegaczy równo ułożone i (relacja z krótkofalówki: “24 leci, czaisz?”), zatem jeśli ktoś liczył każdą minutę (ja nie :P) to na pewno się nie rozczarował.  Punkty zaopatrzone wybornie – znam takich co nawet 6 talerzy zup pomidorowej zjedli 😛 dla każdego coś dobrego

Oznaczenie trasy – pierwsze 20 km to park narodowy, wiec biegacze poruszali się żółtym i czerwonym szlakiem (jeśli pamięć mnie nie myli). Tego odcinka najbardziej się obawiałam, jednak pomimo braku oznaczeń bardzo ciężko byłoby się zgubić (nawet dla takiego nawigującego jak ja).

Pozostała część trasy oznaczona świetnie – widać, że bieg zorganizował ultras, co niejeden bieg  zaliczył i nieraz się zagubił ;-)! Co więcej tak gęsto umieszczone tasiemki, że kompletnie nie zauważyłam, że część oznaczeń została zerwana przez “życzliwych”. Oczywiście znam i takich co lekko pobłądzili (ale jak sami przyznali z powodu własnego gapiostwa;-)).

Dekoracja i rozdanie nagród – to wisienki na torcie Maryn i Janosików – pełen relaks i wodzirej-organizator co zgromadzonych ugaszczał drożdżówkami/rodzynkami i izotonikami. A jeśli ktoś mógł zostać na długi weekend to wycieczka w Tatry Słowackie i wędrówka na Sławkowski szczyt (ku czci organizatora) to ostatni element idealnego weekendu!

Na podsumowanie nasuwa się refleksja, że to w prawdziwej pasji drzemie moc. I krzepiące jest to, że są tacy ludzie co organizują bieg o którym marzyli i czerpią satysfakcję i moc z każdego zadowolonego biegacza! Oby więcej takich świąt biegowych! HEJ!

foto: dare2bpolska

 

Facebooktwittergoogle_plusredditpinterestlinkedinmail

Dodaj komentarz